Nienawidzę węży. Dlaczego w tych starożytnych ruinach to zawsze muszą być jadowite gady, a nie na przykład puszyste chomiki? Gorączkowo przeszukuję kieszenie w poszukiwaniu zapałek, podczas gdy sufit z niepokojącym trzaskiem kół zębatych obniża się prosto na mój ulubiony, nieco już zniszczony kapelusz. Z moich szybkich obliczeń wynika, że mam jakieś trzydzieści sekund, zanim ta gigantyczna, kamienna kula z tyłu korytarza zrobi ze mnie dwuwymiarowy dywanik przed wejściem do świątyni.
No dobrze, może i nie do końca pamiętam, który kafelek z symbolem skarabeusza uruchamia ukrytą zapadnię, a który pluje zatrutymi strzałkami, ale od czego jest intuicja i solidny bicz u boku? Najważniejsze to zachować zimną krew, zignorować fakt, że właśnie nadepnąłem na chrupiące kości mojego poprzednika, i z uśmiechem godnym profesora archeologii sięgnąć po złoty posążek. Co złego może się stać? Najwyżej cały ten system jaskiń zawali się z hukiem.
Dziekan na uniwersytecie znowu będzie narzekał na moje nieobecności i nieoddane na czas sprawozdania z grantu. Ale bądźmy poważni – kto by siedział w zakurzonej sali wykładowej i użerał się ze studentami, kiedy w głębi dżungli czeka zaginione miasto, a lokalni bandyci z podejrzanie idealnie przystrzyżonymi wąsami już ładują swoje rewolwery? Wciąż próbuję sobie przypomnieć tę kluczową lekcję z łaciny, choć z mojego doświadczenia wynika, że litera „X” i tak nigdy, ale to nigdy nie wskazuje miejsca ukrycia skarbu.
W tym tempie ucieczki przed tubylcami z dmuchawkami zacznę poważnie rozważać przejście na emeryturę i spokojne katalogowanie potłuczonej ceramiki w piwnicy. Bieg pod górę w pełnym słońcu, z ciężką torbą pełną artefaktów i zgrają najemników na plecach, potrafi człowieka zmęczyć. Ale z drugiej strony – ten moment, gdy kurz opada, a promień słońca idealnie rozświetla rubin wielkości pięści... Cóż, to zdecydowanie przebija każdą nudną radę wydziału i zebranie komisji programowej.
No i stało się, stary most linowy nad przepaścią pełną głodnych krokodyli właśnie zaczyna trzeszczeć i pękać w najgorszym możliwym miejscu. Mój wierny bicz zahaczył się o wyjątkowo uschniętą gałąź, a goniący mnie tubylcy właśnie odcinają liny z drugiej strony. Jeśli wyjdę z tego w jednym kawałku, przysięgam, że napiszę bardzo surową recenzję tego regionu w biuletynie geograficznym. Tymczasem – czapka mocniej na głowę, szeroki uśmiech i skaczemy, bo przecież to wszystko i tak należy do muzeum!


.webp)
